Piszę o sporcie, w tym o NHL od około 20 lat. Widziałem na lodzie i wokół niego chyba wszystko. Złamane kości, wstrząśnienia mózgu, które kończyły wielkie kariery z dnia na dzień, brutalne bójki, intrygi w szatni i krew wsiąkającą w lód po nieszczęśliwych wypadkach z łyżwami. Widziałem facetów, którzy w ułamku sekundy tracili wszystko, na co pracowali od wczesnego dzieciństwa. Ale to, co od kilkunastu miesięcy dzieje się w sali sądowej w Salem County w New Jersey, wykracza poza jakiekolwiek ramy sportowego dramatu. To nie jest już opowieść o sporcie, zmarłych hokeistach i straconych talentach. To mroczna, do bólu frustrująca opowieść o absolutnym braku moralności, bezczelności prawników i chorym systemie, w którym ewidentny morderca próbuje zrobić z siebie ofiarę zbiegu okoliczności.

Minęły już ponad dwa lata od tej cholernej nocy 29 sierpnia 2024 roku. Nocy, która na zawsze zmieniła układ sił i nastrojów nie tylko w Columbus Blue Jackets, nie tylko w Calgary Flames – gdzie przecież Johnny był prawdziwą ikoną, uwielbianym przez lata liderem – ale w ogóle w całym światowym hokeju.

Przypomnijmy sobie, kogo straciliśmy. Johnny „Johnny Hockey” Gaudreau. Miał zaledwie 31 lat. Mały, niepozorny wzrostem, co zresztą wielu ekspertów wytykało mu na początku kariery, ale na lodzie był absolutnym gigantem. Wchodził właśnie w swój trzeci sezon w Ohio, miał przed sobą lata świetnej gry. Przede wszystkim był jednak mężem i ojcem. Idolem tysięcy dzieciaków marzących o grze w NHL. I jego brat, Matthew. 29 lat na karku. Gość, który po latach twardej, fizycznej walki w niższych ligach pokroju AHL odnalazł powołanie jako trener hokeja w szkole średniej. Też mąż, też ojciec. Dwóch genialnych facetów w sile wieku, pełnych pasji, wracających na rowerach z kolacji przedślubnej własnej siostry. Rozumiecie to? To miało być największe święto w ich rodzinie. Weselny tort, uśmiechy, toasty i wspólne plany. A skończyło się na zimnym asfalcie County Route 551 w Oldmans Township.

I w ten radosny, przedślubny wieczór wkracza on. Sean Higgins. 45-letni weteran armii, facet, który podobno miał za sobą lata żołnierskiej dyscypliny i służby, a który tamtego wieczoru najwyraźniej uznał, że przepisy drogowe, zdrowy rozsądek i ludzkie życie to co najwyżej luźne sugestie. Higgins podjął decyzję, żeby nielegalnie wyprzedzić inny samochód.

Uderzył w braci, zmiótł ich z powierzchni ziemi.

Zostawił martwych na miejscu. A co zrobił zaraz po wypadku? Policja znalazła go jakieś ćwierć mili dalej. Jego Jeep Grand Cherokee w końcu po prostu odmówił posłuszeństwa. Zgasł, zniszczony, uszkodzony w takim stopniu, że dalej nie dało się fizycznie uciekać. To auto zachowało się, jakby miało w sobie więcej przyzwoitości niż kierowca, który nim sterował. Higgins wybełkotał wtedy policjantom, że obalił tego dnia około pół tuzina piw, z czego część… popijał prowadząc samochód.

Widzieliście te zdjęcia, które niedawno, w trakcie wymiany dokumentów procesowych, wyciekły i zostały opublikowane przez „New York Post”? Jeśli nie, to ostrzegam: zostają pod powiekami na bardzo długo.

Sean Higgins

To namacalne, brutalne dowody niesamowitej przemocy. Pogięty, poszarpany kawałek

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament miesięczny
27 zł
Anuluj

2 KOMENTARZE