Gdybym miał złotówkę za każdym razem, gdy słyszę od rozemocjonowanych hokeistów frazesy o „przywiązaniu do barw klubowych” i „budowaniu stabilności dla rodziny”, prawdopodobnie kupiłbym sobie prywatną wyspę na Pacyfiku. NHL to bezlitosny biznes. Brutalny, zimny i całkowicie wyprany z sentymentów. A jeśli ktoś z was uważa inaczej, to znaczy tylko tyle, że nigdy nie musiał pakować całego swojego życia w trzy tekturowe kartony, by zdążyć na poranny samolot do miasta, którego nawet nie potrafi dobrze wskazać na mapie.

Dzisiaj bierzemy na tapet gościa, który tę twardą lekcję odrobił lepiej niż ktokolwiek inny we współczesnej historii NHL. Cam Talbot. Kojarzycie nazwisko? 39 lat na karku, stawy trzeszczące od rzucania się na zlodowaciałą taflę przez ponad dekadę, a on właśnie założył koszulkę swojego dziewiątego klubu. Dziewiątego.

Kiedy w ubiegły piątek patrzyłem na niego w bramce Columbus Blue Jackets podczas zaciętego meczu przeciwko Pittsburgh Penguins, widziałem faceta, który w wielkim stylu wyłapuje 20 strzałów z gry i zatrzymuje kolejne trzy w stresującej serii rzutów karnych. Pomyślałem sobie: ten facet to jest po prostu chodzący pomnik przetrwania. Ale zanim w ogóle przejdziemy do bicia historycznych rekordów i zgłębiania suchych statystyk, musimy porozmawiać o tym, jak od zaplecza wygląda to rzekomo prestiżowe życie koczownika w National Hockey League.

Bo wyobraźcie sobie następującą sytuację.

Jest lato. Ostatnie miesiące spędziłeś w Detroit, ciężko próbując udowodnić swoją wartość, ale

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament miesięczny
27 zł
Anuluj